A może ta 'prawdziwa i dojrzała miłość' była jedynie desperacką drogą ucieczki przed tym, co naprawdę się dla mnie liczy? Nie umiem o nim zapomnieć. Chcę i nie mogę. Staram się go unikać jak ognia, a on wyrasta nagle spod ziemi, macha mi i wita się ze słodkim uśmiechem. Jak tu być poważną? Jak go zabić wzrokiem, kiedy serce rozpływa się w zakochaniu? To takie skomplikowane.
To takie przytłaczające.
Moja hmm... czy przyjaciółka? Osoba, która jest dla mnie ważna, jednak prawdziwa przyjaźń to raczej nie jest. ONA jest zakochana w swoim koledze, dość bliskim zresztą. Powiedziała mi o tym po dwóch latach ukrywania się ze swoim uczuciem. Wspieram ją w tym, chcę, żeby jej się udało, mimo że kolega tenże był przez jakiś czas także w mojej głowie. Kiedy dowiedziałam się, że ona coś, to dla mnie automatycznie stało się jasne, że ja już coś nie mogę, bo to coś jest zarezerwowane tylko dla niej. Ale na jej imprezie, osiemnastych urodzinach, które powinny być wyjątkowe, widziałam jak desperacko robiła wszystko w kierunku coś i... i nic z tego. Z wielkim przerażeniem łapałam go na zbyt przeciągłych spojrzeniach z rodzaju wiercących dziurę w plecach. W moich plecach. A ja przecież nie mogę! Ale jak on się na mnie patrzył...
Nic z tego. Życie jest, kurwa, popieprzone. Nie chcę takiego życia.
Przez dwie trzecie życia nie widziałam, że ktoś, kogo kocham prawdziwą i dojrzałą miłością jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki.
W chwili, kiedy sobie to uświadomiłam, zobaczyłam jak on odpływa w zakochaniu, zapomnieniu do swej najdroższej.
Zabrzmi to jak większość obrazków z kwejka, ale tak bardzo żałuję, że nie można usunąć kogoś z życia. Wcisnąć jeden przycisk i done, nie ma. Wtedy można udawać, że nawet nigdy nie było.
Nikt nie wydaje się bardziej obcy, niż ktoś, kogo się kiedyś kochało.
Trwając w bezruchu z otępieniem wpatrywałam się w monitor.
Płakałam zupełnie bezgłośnie.
Ukochałam wszystkie dni, w których był on. Każdą godzinę, każdy moment, który był tylko jego i mój. Mimo jego dziewczyny, mimo tego, że nikt o nas nie wie.
Już niedługo wszystko się zmieni. Na lepsze.
Jak można się czuć w dniu, w którym twoja największa miłość ostatniego czasu, wchodzi w dorosłość, a tort urodzinowy kroi jego małoletni łapserdak, zwany potocznie 'dziewczyną'?
Jak można się czuć, wiedząc, że ciebie nie stać na ofiarowanie komuś polaroida z wkładem o wartości ok. 120 zł?
A jak można się czuć, patrząc na obgryzione paznokcie tejże paskudy wystające spod jego włosów opadających na kark?
Odpowiedź: do dupy.
Tak, to prawda, że zauroczenie jest dobrym motywatorem do chodzenia do szkoły. Jednak, gdy coś pójdzie źle, sprawia, że unikasz szkolnych korytarzy jak ognia.
Całe szczęście wszystko mi przeszło. Jest mi to naprawdę obojętne, a nawet cieszę się, że przejrzałam na oczy. Muszę się trzymać moich ideałów, nie robiąc żadnych wyjątków.
Głupie pytanie, głupia odpowiedź.
Zerwie z dziewczyną i spotka się ze mną. On się jej boi. Jej, pantoflarz! Ale, gdyby to był mój pantoflarz, to byłby kochany.
Kochany - jakie cudowne słowo!
Mój kochany
nie wiemy dokąd nas szaleństwo gna
Potrafi być tak seksowny, tak pociągający, że nie jestem w stanie nie uśmiechać się na samą myśl o nim...
A teraz kiedy on już wszystko wie, skończyły się ukradkowe spojrzenia, nieśmiałe dotyki i niby przypadkowe spotkania gdziekolwiek. Mogę oficjalnie powiedzieć cześć, patrząc się wprost w ogromne brązowe oczy
On też.
On też może spojrzeć mi w oczy, przywitać się i uśmiechnąć, chociaż nigdy nie widziałam u niego zwykłego uśmiechu. Śmiech, rozbawienie - tak, ale uśmiech?
Pocieszam się, że teraz, patrząc na mnie, jego myśli skupiają się tylko wokół mnie i całej tej sprawy.
Pocieszam się, że zajmuję choć odrobinę miejsca w jego głowie.
Piękne, prawda?
Mijając go każdego dnia, niby przypadkiem dotykam jego ręki w wielkim tłumie, idę z nim ramię w ramię, patrzę mu w oczy i za chwilę uciekam wzrokiem. On, widząc mnie, nie ma żadnych myśli, idzie dalej, nie zwraca uwagi, nic, kompletnie nic. A ja, świadoma tego wszystkiego, myślę sobie: "Boże, ja cię ZNAM!". Smutne to.
Siedzę dwa metry obok i rozżalonym wzrokiem patrzę jak karmi swoją dziewczynę jogurtem brzoskwiniowym. Mam taki błyszczyk, brzoskwiniowy.
Nie mam odwagi przejść obok, krzycząc "hej, kocie, dobra podstawa to podstawa!".
A z drugiej strony doszukuję się czegoś więcej - jakiegoś cienia zainteresowania w najdrobniejszych i najgłupszych gestach, spojrzeniach, przypadkach. Spotykamy się na ulicy, którą nigdy nie chodzę. W kawiarni nieświadomie wybieram stolik i krzesło, które wybrał on będąc tu z dziewczyną. Spędzam przerwy obok niego, chociaż go nie śledzę. To straszne. Koleżanka, która o moim uczuciu nie wie, mówi mi, że kiedy mijał mnie na korytarzu, odwrócił się z tęsknym wzrokiem, a ja go olałam.
Dlaczego mi to, Boże, robisz?
Mam dość mieszane uczucia.
Ostatnia nasza rozmowa odbyła się na czacie, więc nieźle się nagimnastykowałam, żeby wypaść na kogoś inteligentnego.
Był moment, że już chciałam skończyć temat, ale cóż. Ej, ej, serio, wracaj tu szybko i opowiadaj, co wiesz o kocie! Można powiedzieć, że kot mnie uratował. A może właśnie wręcz przeciwnie? W każdym razie następnego dnia na poczcie już czekał na mnie mejl od... jego przyjaciela. Freak totalny, nie potrafię tak pisać na dłuższą metę! Dlatego daję na luz, poczekam dwa-trzy dni, może coś wykombinuję przez ten czas.
Zastanawia mnie jedno - czy napisał sam z siebie, czy może za namową przyjaciela, żeby zająć mnie czymś innym?
Trudna to sytuacja, zaiste.
